Kultura Lifestyle

Czemu wciąż lubię kupować płyty i słuchać ich w całości

kupuję płyty

W filmie Detroit Rock City jest scena, gdy matka jednego z bohaterów podczas wieczornego relaksu wyciąga z namaszczeniem winylową płytę, rozsiada się na fotelu z kieliszkiem wina i usiłuje rozkoszować się nagraniem ulubionego zespołu. (Czemu tylko usiłuje? Obejrzyjcie, jeśli nie mieliście okazji ;-)) Sądzę, że dziś niewiele osób robi coś podobnego. W dobie komórek, iTunes, Spotify i YouTube przestaliśmy kontemplować muzykę. Stała się ona raczej tłem, ewentualnie zagłuszaczem ludzi trajkoczących o dupie maryni w komunikacji miejskiej.

Pewnie spodziewacie się teraz utyskiwania o tym, jakie to serwisy streamingowe są złe, kulturobójcze i podobne dyrdymały. Nic tych rzeczy! Dziś zupełnie w innym kontekście, a mianowicie o tym jak niezwykłą przyjemność w dalszym ciągu sprawia mi kupowanie i słuchanie płyt. Fakt, ostatnimi czasy zaniedbałam ten proceder z dość prozaicznych powodów: niestety moje mieszkanie z gumy nie jest i jakoś nie chciało zrobić wyjątku dla stale powiększającej się kolekcji płyt. W ten sposób moje zakupy ograniczyły się do wydawnictw znajomych oraz albumów bardziej „podziemnych”. Pech, a może raczej powrót rozsądku, chciał że znalazłam chwilę, by zajrzeć w dawno nieodwiedzane przeze mnie miejsce.

Do naszego warszawskiego Muzanta zawsze lubiłam zaglądać. Ten oldskulowy klimat, uderzający od wejścia zapach przeszłości i płyty. Setki płyt kompaktowych i winylowych, poukładanych schludnie na stojakach lub w plastikowych pojemnikach. I godziny grzebania, bo przecież wszystkiego można dotknąć, obejrzeć okładkę, książeczkę, popodziwiać zdjęcia na kopertach winyli. Tego uczucia nie da mi Spotify czy Deezer.

second-hand-płytyKtoś może powiedzieć, że tak po prostu grzebiąc w płytach trudno trafić na coś nowego, co przekonałoby od razu do zakupu płyty. Nie wspomnę, ile razy za dzieciaka kupowało się albumy „po okładce” i dobrze na tym wychodziło. Poza tym jest też coś nostalgicznie przyjemnego w odsłuchiwaniu płyty na miejscu, w sklepie, gdzie czasem już pierwsze dźwięki decydują o tym, że album wyląduje przy kasie. Skoro już przy odsłuchiwaniu jesteśmy…

Za gówniaka słuchałyśmy kaset magnetofonowych w całości. Żadnej z nas nie chciało się ślęczeć i przewijać taśmy do ulubionego utworu. Można było w tym czasie robić milion ciekawszych rzeczy. Z płytami CD było podobnie. Czasem zdarzało się pominąć jakiś numer, bo na przykład go nienawidziłyśmy 😉 Ale to były wyjątki. Płyt słuchało się w całości, bo też trudno je było zdobyć. Na niektóre wydawało się również sporo kieszonkowego, więc kupowanie płyty tylko dla jednego numeru kończyło się wałkowaniem całości i często dozgonną miłością do albumu. Mimo że pierwsze odsłuchania na to nie wskazywały 😉

Sukcesywne poznawanie płyty zachęcało również do zapoznawania się z resztą twórczości danego wykonawcy. Kolejno odsłuchiwane albumy w dyskografii kształtowały opinie i dawały pogląd na ogół dokonań danego artysty. Pozwalało także obserwować rozwój bądź jego brak, zmiany stylu bądź muzyczne ciekawostki uskuteczniane przez wykonawcę. Coś co nietrudno jest pominąć współcześnie, wybierając słuchanie muzyki wyłącznie na podstawie przygotowanych playlist. To, że słuchaczowi spodoba się dany numer nie jest gwarantem, że sięgnie po resztę twórczości artysty, a niewielu pewnie pokusi się o to.

Pomijając specyfikę concept albumów, gdzie wprost nie wyobrażam sobie wysłuchiwania treści wyrywkowo, każda płyta ma do zaoferowania jakąś historię. Choćby ciągłością czy doborem kolejności utworów. Bywa, że z jakiegoś powodu pominę część numerów, bo mówiąc kolokwialnie, nie wchodzą. Płyta ląduje na półce i czeka na tak zwane lepsze czasy. Wiem, że ona tam jest i za jakiś czas na pewno wrócę do jej odsłuchania. Dla mnie to rodzaj wskazówki przypominający, że może warto wrócić do odsłuchania czegoś, co do końca nie przekonało mnie na początku.

Dodatkowo dochodzi kwestia czysto organoleptyczna, o której wspomniałam wcześniej. Lubię mieć w ręku fizyczny nośnik tego, czego słucham. Lubię prześledzić sobie teksty, zerknąć na skład zespołu i poznać nazwiska ludzi, którzy nad tą muzyką pracowali, popatrzeć na ogólną szatę graficzną wydania i zdjęcia. Wtedy mam to poczucie pełnowartościowego produktu, na który chętnie wydaję swoje ciężko zarobione pieniądze 🙂

Bo kto nie lubi sprawić sobie czasem przyjemności? 😉

magda-podpis

 

Zobacz też