Kultura Muzyka

„Szatańskie” akronimy, czyli nazwy zespołów inaczej

nazwy

Ludzie ze zbyt wybujałą wyobraźnią i rock nigdy nie mieli ze sobą po drodze. Obyczajowi i religijni fundamentaliści zawsze doszukiwali się w tym gatunku czegoś zdrożnego i nieprzystającego przyzwoitemu człowiekowi.

Owa kreatywność sięgnęła zenitu pod koniec lat 60. zatrzymując się dopiero gdzieś u schyłku lat ’80, choć walka trwa do dziś. Przez ten cały czas, mało zdystansowani do świata ludzie za wszelką cenę usiłowali poszczuć wszystkich szatanem i złymi mocami kryjącymi się w osobach ulubionych wykonawców. Młodzież niejako miała być szczególnie narażona na mroczne siły rock and rolla. Potężną nienawiścią darzony był zwłaszcza heavy metal, któremu z góry zwykło przypisywać się wszystko, co złe. Makijaż na twarzy – szatan, przenośnie w tekście – szatan, szczeniaczek na okładce – na bank szatan! Wszystkie aspekty tej muzyki, czy to w nagraniach czy na scenie, miały rzekomo zniewalać młode, niewinne umysły i przeciągać je na ciemną stronę mocy.

Generalnie wszystko było podejrzane, a już pod szczególnym ostrzałem paranoików stanęły nazwy zespołów. Dziwnym jest jednak, że zamiast atakować kapele, które faktycznie czerpały garściami z okultyzmu, wmawiali satanizm wykonawcom, którzy nie mieli z tym nic wspólnego. Być może spowodowane było to tym, że naprawdę hardkorowi przedstawiciele szatańskiego grania byli zbyt niszowi, by przykuć czyjąkolwiek uwagę. Dużo łatwiej było wywołać skandal i oburzenie szykanując artystów będących na fali i ich zwolenników.

Ulubionym zajęciem było przede wszystkim „odcyfrowywanie” rzekomych akronimów, pod którymi kryły się prawdziwe, wielbiące szatana nazwy zespołów. Fakt, pomysłowości nie można im odmówić.

Podobno KISS to skrót od „Knights in Satan’s Service” (Rycerze w służbie szatana)  lub „Kids in Satan’s Service”(Dzieci w służbie szatana). Pomysłowo, nie? Na tyle pomysłowo, by w latach 70. wywoływać panikę wśród bardziej bojaźliwych rodziców. Jakimś cudem jednak dzieciaki wymykające się na koncerty KISS nie zostawały przyłapywane na składaniu w ofierze młodszego brata czy satanistycznych rytuałach na grobie babci. Z resztą kiepsko recytowałoby się diabelskie mantry do „C’mon And Love Me”. Bądźmy poważni 😉

AC/DC również zostali oskarżeni o satanistyczne fascynacje, gdyż skrót „AC/DC” miał oznaczać niejako „Anti Christ/Devil’s Child”. Nie dość, że zostali mianowani Antychrystami i Diabelskim Dziecięciem to dodatkowo oberwało im się także za tytuł i okładkę płyty „Highway To Hell”, z której ewidentnie wynika, że nazwa zespołu musi mieć nie elektryczne, a okultystyczne konotacje. Przecież nie ma czegoś takiego jak przenośnia, prawda?

Lubujący się w szokujących występach heavy metalowy W.A.S.P. uwielbiał w czasach swojej świetności wzbudzać kontrowersje. Same wariacje na temat rozwinięcia skrótu nazwy są dość bogate. Dodatkowo sam zespół dołożył do pieca umieszczając po każdej literze kropkę, co z miejsca sugeruje możliwość rozwinięcia nazwy w coś totalnie nieprzyzwoitego. Skrót ewoluował więc od „White Anglo-Saxon Protestants” do „We Are Sexual Perverts” (Jesteśmy zboczeńcami). Z resztą sam zespół podsunął ten pomysł na swoim debiutanckim albumie. Co bardziej ambitni doszukiwali się też rozwinięć  w stylu „We Are Satan’s People” (Jesteśmy ludźmi szatana) i „We Are Satan’s Prophets” (Jesteśmy prorokami szatana). Najśmieszniejsze jest to, że sam zespół nigdy nie próbował sprostować tej paranoi.

Najlepsze ze wszystkiego jednak było przypisywanie szatańskiego akronimu prog rockowcom z Rush. Według niektórych teorii spiskowych za słowem Rush stoi pełna nazwa brzmiąca „Residents Under Satan’s House” (Mieszkańcy pod domem szatana – WAAAT?). Owszem, panowie posiedli nadludzkie umiejętności posługiwania się instrumentami, na których grają, ale raczej zawdzięczają to swojej ciężkiej pracy, a nie rogatemu. Nie dość, że nazwa mocno naciągana i głupia to jeszcze, bądźmy szczerzy, ale jedyne zło do którego może namówić prog rockowiec swojego fana to założenie swetra w serek.

Olbrzym z serialu Twin Peaks mawiał, że „Sowy nie są tym czym się wydają”. Oczywiście, czasem są wyłącznie tym. Nazwa jest tylko nazwą, muzyka muzyką, a czasem dziwnie kontrowersyjnie zainscenizowany koncert jest wyłącznie przedstawieniem. Sztuką, w której muzycy dają upust swojej fantazji, gdzie kreują alternatywny świat. Nie stoi za tym żaden diabeł czy wendigo, nie ma obiadów z kotów i kotłów ze smołą. Jest tylko show, a rano każdy z tych demonicznie wyglądających osobników zakłada dresy i zasuwa grzecznie po bułki do sklepu.


Na szczęście zabawa w podobne słowne gierki chyba na dobre odeszła w zapomnienie. Spotkaliście się z tym zjawiskiem współcześnie?

podpis

Zapisz

Zobacz też