Kultura Lifestyle Muzyka

Jak co rok: Masters of Rock 2016 – relacja

masters of rock 2016 baner

Na te cztery dni czekamy cały rok. Te kilka dni w lipcu kiedy zbieramy grupkę najlepszych przyjaciół i ruszamy w kierunku Vizovic na Masters of Rock –  muzyczną ucztę i relaks w jednym.

W tym roku było tak samo. W środę po pracy zapakowałyśmy więc do samochodów wszystkie manatki oraz część ekipy i ruszyłyśmy w drogę. Tradycją już stało się, że każdej takiej wyprawie towarzyszy nam ulewa, dzięki której na drodze absolutnie nic nie widać.

Kilka godzin później dotarliśmy na miejsce, gdzie zastała nas…ulewa. Cóż było robić. Namiotów nie rozstawimy. Kierowcy poszli spać do samochodów, a reszta na piwo i Kofolę. Nie ukrywamy, że był to najbardziej deszczowy Masters w historii naszego uczestnictwa w tym festiwalu. Jednak prawdziwy rock and roll odrobiny wody się nie boi. Skóra na grzbiet, kalosze na nogi i pod scenę.

masters of rock 2016 stage

Główna scena

Pierwszy z nich, na który udało nam się dotrzeć to występ brytyjskich progmetalowców z Threshold. Koncert tego zespołu zawierał wszystko, co dobry koncert zawierać powinien. Świetny set, energię i radość z grania. Jeśli zespoły progresywne kojarzycie głównie z nudnymi, monotonnymi występami polecamy udać się na koncert tych panów. Damian Wilson jest znakomitym frontmanem; nie było momentu, żeby nie zagadywał publiczności, skakał, schodził ze sceny, by pośpiewać z fanami czy posurfować w tłumie. Pięknie zabrzmiało „Long Way Home” czy energetyczne „Watchtower on the Moon”. Doskonały początek całego festu!

Zaraz po Threshold swoją godzinę mieli chłopcy z Kissin’ Dynamite. Zespół, na który kilka lat temu trafiliśmy zupełnie przypadkiem przechadzając się rano po terenie festiwalu. Wtedy, chyba jeszcze niepełnoletni członkowie grupy, dali niezapomniane hard rockowe show w stylu lat 80. dla niewielkiej liczby słuchaczy. Tym razem była dużo większa ilość fanów. Mimo obaw energia Kissin’ Dynamite wcale nie opadła z wiekiem, wręcz przeciwnie. Choć kontuzjowany, wokalista Hannes zadbał o to, by sam koncert nie ucierpiał. Chłopaki zaprezentowali przekrojowy repertuar ze swoich czterech płyt plus dwa single z najnowszego wydawnictwa „Generation Goodbye”. Było więc melodyjnie, hard rockowo i heavy metalowo zarazem. Miło było przekonać się, że wraz z dorosłością chłopaki nie stracili serca do tego, co robią 🙂

Wieczór należał jednak do thrashmetalowców z Testament, którzy dali fanom dokładnie to, po co pojawili się o tej godzinie pod sceną Masters of Rock. Perfekcja i moc to słowa najlepiej określające ten występ.

Początek drugiego dnia niestety zaczął się od skuchy, choć trochę z premedytacją. Pamiętając występ tego zespołu z przed trzech lat,  w głowie kiełkowała nadzieja, że może ruszyli trochę do przodu i z cukierkowego disco-metalu urodził się jakiś fajny projekt. Niestety. Zespół Amaranthe,  jak był przedziwnym tworem współczesnej muzyki tanecznej z gitarami w tle, tak nim pozostał. Przebojowo, płasko i absolutnie bez pomysłu. Nie pomogła ładna pani w przedziwnym białym kostiumie, ani dwa męskie wokale. Wiało nudą i sporym zaskoczeniem była ilość ludzi pod sceną. A fanów było niemało i bawili się świetnie, a to chyba najważniejsza rzecz 🙂 Trudno było nie uśmiechać się za widok kilku kolesi z plastikowymi mieczami, którzy z bananem od ucha do ucha śpiewali wszystkie numery. Mimo negatywnego odbioru całego występu to właśnie dzięki publiczności tupnęło się kilka razy nóżką w rytm kolejnych utworów 😉

Wyjątkowo dziwaczny był występ fińskiego Waltari. Przyznajemy bez bicia, że z muzyką tego zespołu zetknęłyśmy się po raz pierwszy, więc być może nasza ocena nie będzie szczególnie sprawiedliwa, jednak uważamy, że kapela z takim stażem mogłaby zaprezentować trochę lepsze, a przede wszystkim, spójne show. To co najbardziej nam przeszkadzało, to zbyt duża rozbieżność między utworami. Każdy numer bowiem był w zupełnie innym, skrajnym klimacie. Był hard rock, metal z elementami elektroniki, blackmetalowo-podobny twór a nawet wkradł się cover „Vogue” Madonny. I niestety żaden z tych utworów nie zachwycił. Być może był to przekrój przez całą dotychczasową twórczość Waltari, niestety nie zachęcił do zapoznania się z nią bliżej.

Chyba 3/4 uczestników festiwalu czekało na ten zespół. o 20:30  na scenie pojawił się Slayer, a każdy centymetr kwadratowy płyty i trybun zajęty był jakimś człowiekiem. Fanów nie odstraszyła kiepska pogoda, wilgoć i błoto w dalszych częściach areału. Sam zespół, podobnie jak wcześniej Testament, pokazał co oznacza moc, choć ewidentnie było widać, że panowie najlepsze lata koncertowania mają za sobą. Sam występ był bardzo statyczny i czasem sprawiał wrażenie mocno improwizowanego. Ilość decybeli i dźwięków ze sceny mogła jednak skutecznie zamknąć twarze wszystkim malkontentom.

Osobą, która ponownie absolutnie ukradła cały festiwal był Tobias Sammet ze swoim projektem Avantasia. Można nie lubić, nie słuchać lub kompletnie ignorować ten rodzaj muzyki, ale trudno uwierzyć, że wobec takiego show można przejść obojętnie. Oprócz tego, że wszystko dopracowane jest do perfekcji i zapięte na ostatni guzik – od dekoracji po dobór wokalistów, to po prostu niesamowite przedstawienie, które nieczęsto można zobaczyć na scenie. Tym razem u boku Sammeta usłyszeć mogliśmy Saschę Paeth i Olivera Hartmanna (gitary), Andre Neygenfinda (bas), Felixa Bohnke (perkusja), Michaela „Miro” Rodenberga (klawisze), Amandę Somerville i Herbie’go Langhansa (wokale i chóry) oraz Michaela Kiske, Erica Martina, Jorna Lande, Ronnie’go Atkinsa i Boba Catley’a.

Setlista zawierała nie tylko utwory z promowanej w tym roku płyty „Ghostlights”, ale również kompozycje z poprzednich albumów, łącznie z mocno power metalową The Metal Opera Part I oraz Part II. Jeśli nadarzy się Wam okazja to gorąca prośba – nie przegapcie koncertu Avantasii! Możemy Wam obiecać, że nie pożałujecie! (Sprawdzone na sporej grupie kontrolnej ;))

Sobota zaczęła się oczywiście deszczowo, choć nie przeszkodziło to dziewczynom z Thundrmother rozbujać scenę, a publiczności dzielnie trwać w strugach wody. Muzyka Szwedek to wypadkowa AC/DC i Airbourne, a umiejętności poprowadzenia rock and rollowego show  z prawdziwego zdarzenia może im pozazdrościć niejedna grupa rockowa. Proste dźwięki i chwytliwe melodie wystarczyły w zupełności by poderwać zmokniętych słuchaczy i pozostawić po sobie lekki niedosyt.

Następnym zespołem, dla którego poświęcone zostały suche ubrania był również szwedzki Evergrey. W przeciwieństwie do swoich nabuzowanych energią koleżanek, Tom Englund i spółka zaprezentowali bardziej melancholijne, ale jakże piękne, oblicze muzyki. Jeśli ich występ kiedyś zawiedzie to w sumie nie ma po co chodzić już na koncerty 😉 Fantastycznie skomponowana lista utworów, głęboki głos Englunda i niesamowite chóry, od których się sposób było uwolnić uszu. Nie każdemu podpasuje dość ponury nastrój ich repertuaru, jednak warto przystanąć na chwilkę, wsłuchać się i zobaczyć jak bez żadnych fajerwerków wgnieść słuchacza w glebę.

Choć zła pogoda nie ustawała przez cały dzień nic nie stanęło na przeszkodzie by świetnie bawić się pod sceną do późnego wieczora. Gdy na Ronnie James Dio Stage pojawiła się „supergrupa” The Dead Daisies wszystkim nam wrócił humor. Typowo amerykańskie dźwięki łączące klasyczny hard rock z naleciałościami bluesa, charyzmatyczny Jon Corabi za mikrofonem i niewiele trzeba było by rozruszać publiczność. Cały set dodatkowo okraszony został rasowo wykonanymi coverami „Helter Skelter” The Beatles „Alright Now” Free oraz „Fortunate Son” Creedance Cleerwater Revival.

Mimo, że Primal Fear nigdy nie należał do czołówki niemieckiego heavy metalu to ich występy na żywo są kwintesencją tego gatunku i żywiołowości, jaka powinna muzyce towarzyszyć. Wobec takich grup ma się jedno, jedyne oczekiwanie – ma być zagrane prosto, żywiołowo i z jajem. Jeśli o to chodzi, od początku do końca zespół się nie oszczędzał. Brawurowe sola, ruchy sceniczne, niesamowity śpiew Ralfa Scheepersa to główne czynniki, które sprawiają, że zespół może nie jest światową gwiazdą, ale ma za to sporą rzeszę wiernych fanów doceniających wysoki poziom Niemców.

Na koniec oczywiście nie mogło się obyć bez numeru stającego się powoli współczesnym hymnem heavy metalowej braci, czyli…

Wieczorem natomiast miałyśmy możliwość na godzinkę cofnąć się do czasów szkolnych, ponieważ pod wieczór na scenie pokazali się The 69 Eyes. Perspektywa posłuchania na żywo hitów do których „grzałyśmy się” w liceum była wyjątkowo kusząca, jednak chłopcy nie zaprezentowali takiej samej jakości jak na płytach. Szczególnie w wokalu Jyrkiego słychać było wiele niedociągnięć (w przenośni i dosłownie). Wielka szkoda, ale chociaż wpasowali się w atmosferę ponurego i deszczowego dnia.

Chwilę przed 23:00 na scenie pojawił się wystrój rodem z dalekiej północy, poprzedzający występ Wikingów z Amon Amarth. Koncert idealnie wpisał się w późnowieczorny klimat festiwalu. Rewelacyjny, naładowany energią występ, melodyjne death metalowe brzmienie i ciężkie dźwięki z instrumentów przyciągnęły na płytę morze ludzi, a zapadająca noc umożliwiła doprawienie nastroju salwami ognia.

Ostatni koncert opatrzony etykietką „do obejrzenia” okazał się niestety sporym rozczarowaniem. Tak jak przed kilku laty Airbourne zachwycił znakomitym show, zarówno muzycznie jak i scenicznie, tak ostatnimi czasy zaobserwować można spadek formy. I nawet nie chodzi tu o wygłupy w stylu wspinania się po rusztowaniu, bo tutaj wszystko się zgadzało. Pomijamy również spore techniczne problemy, które nie są niczym niezwykłym podczas występów na żywo. Jednak po raz kolejny Joel niedomagał wokalnie. Na tyle, ze w pewnym momencie słuchanie go przestało być przyjemnością.

Summa summarum…

…pomimo niesprzyjającej przez cały pobyt aury po raz n-ty cała wyprawa okazała się strzałem w dziesiątkę. Oprócz samej muzyki, dla której zawsze warto poświęcić czas, oraz pięknych morawskich scenerii jest to dla nas ten wyjątkowy w roku moment, kiedy wszyscy, jedną ekipą jesteśmy w stanie się zebrać do przysłowiowej kupy, by spędzić beztrosko czas. Szkoda, że tegoroczna paczka okazała się troszkę mniejsza niż wstępne założenia, ale dzięki temu jednak jeszcze bardziej czekamy na przyszłoroczną edycję w pełnym składzie 🙂

masters of rock 2016 mala fanka

Maleńka fanka 🙂

W tym miejscu należą się podziękowania naszym niezastąpionym towarzyszkom i towarzyszom za to, że ani chwili nie dali się nam nudzić 🙂


Odliczanie do Masters of Rock 2017 czas-start!

podpis

Zobacz też