Muzyka

„A ta płyta kojarzy mi się…” – płytowe wspominki

ta płyta płytowe wspominki

Też tak macie, że numer bądź płyta nierozerwalnie kojarzy Wam się z jakimś okresem albo nawet momentem w życiu? Tak bardzo, że gdy usłyszycie pierwsze nuty zaraz przywołujecie w pamięci te chwile? Muzyka zawsze była ważnym elementem w naszym życiu i pewnie dla tego sporo wydarzeń z przeszłości ma swoje osobne tło muzyczne.

Często zdarza nam się, że siedzimy wieczorem, niby na siostrzanych plotach, ale gdyby ktoś nas podsłuchał pomyślałby o rozmowie dwóch emerytek wspominających młodzieńcze lata :p „A pamiętasz jak jechałyśmy na obóz i to katowałyśmy?”, „A jak kłóciłyśmy się, która pakuje tę kasetę do swojego walkmana?”. Tak, tak, w tamtych zamierzchłych czasach o iPodach i iPhone’ach można było sobie poczytać w literaturze sci-fi, a do źródeł mp3 nie zawsze był dostęp. Mimo wszystko zawsze znalazł się jakiś sposób, żeby dorwać coś nowego do posłuchania, a gdy już wpadło w ręce zdzierało się taki nośnik do oporu. Pewnie też z tego względu  muzyka tak bardzo wbijała się człowiekowi w świadomość przywodząc po latach wiele skojarzeń sytuacyjnych i towarzyskich. Ostatnio, gdy spotkałyśmy się na pogaduchy natchnęło mnie do spisania wszystkich tych albumów, które niosą ze sobą wiele wspomnień i do których do dziś mam wiele ciepłych uczuć 🙂

Bad Company – Bad Co.

Ta płyta zapoczątkowała moją miłość do blues rocka. A wszystko przez naszego Tatę – fana Paula Rodgersa. Rodziciel odpowiedzialny jest bowiem za przyniesienie do domu koncertówki Bad Company, którą wręczył mi ze słowami „Masz, posłuchaj czegoś dobrego”. Pamiętam, że słuchałam tego koncertu z wypiekami na twarzy. Proste melodie z mnóstwem bluesowych naleciałości i ten głos. Głęboki, niesamowity i zapadający w pamięć. Nie mogłam nie zapoznać się z ich całą twórczością. W jednym z marketów znalazłam debiut Bad Co. z 1974 roku i przepadłam na amen.

Blind Guardian – Nightfall

Uwielbienie do tego zespołu i albumu Nightfall zawdzięczam niejako swojej najlepszej przyjaciółce Ani. Nie pamiętam, skąd wytrzasnęła wtedy tę kasetę. Byłyśmy w szóstej czy siódmej klasie: ona wiecznie ze słuchawkami na uszach, ja wiecznie wkurzona, bo nigdy przez te słuchawki nie słyszała, że do niej mówię. W końcu sama uległam urokowi tego albumu, który do dziś jest jednym z moim ulubionych. Bo i czego chcieć więcej? Metal w połączeniu z moją ukochaną tematyką fantasy – nie ma lepiej!

Black Sabbath – We Sold Our Souls

Pierwsza płyta Sabsów, jaką udało mi się dorwać, a znaleziona w małym, płytowym sklepie podczas poszukiwań prezentu dla taty. Miło wspominam tę składankę. Dla gówniaka, który dopiero wchodził w świat klasyki gatunku był to strzał w dziesiątkę.

Metallica – Black Album/Garage

Czarny album Metalliki do końca życia będzie kojarzył mi się z popołudniami po szkole, kiedy to z przyjaciółką pakowałyśmy się do niej do domu. Rzucałyśmy plecaki w kąt, Ania odpalała grę Blood na komputerze, wrzucała Metę do odtwarzacza i w tak spędzałyśmy wieczory, dopóki mama nie upomniała się o mnie telefonicznie, że może fajnie byłoby jednak wrócić do domu 😉

Z kolei „garażówka” była nie tylko albumem, który sprawiał i do dziś w sumie sprawia wiele radości i prostej zabawy. W czasach ograniczonego dostępu do Internetu naprowadził mnie na kilka fajnych kapel, do których dotarcie mogłoby zająć trochę więcej 😉 Fantastyczne medleye Sabsów czy Mercyful Fate, fenomenalna wersja „Astronomy” Blue Oyster Cult…wszystkie te covery niejako przyczyniły się do tego, że moje horyzonty muzyczne się poszerzały.

Skid Row – Slave To The Grind

Pierwsze spotkanie i miłość do tego zespołu zaczęła się jak na mnie bardzo nietypowo, bo od ballady. Mianowicie teledysku „I Remember You” emitowanym na MTV. Siedziałyśmy akurat i oglądałyśmy blok programowy poświęcony zespołom z lat 80. A wśród nich właśnie Skid Row. Prosty, nastrojowy i bardzo ładnie zrealizowany klip, a na dodatek ten głos…Pamiętam, że na drugi dzień od razu poleciałam szukać ich albumów w sklepie. Zarówno debiut jak i Slave To The Grind to płyty, które bezustannie mi towarzyszą od wielu, wielu lat i ciągle uważam je za prawdziwy majstersztyk, jeśli chodzi o hard rocka. Poza tym, dziewczyny, która nie kochała się skrycie w młodym Sebastianie Bachu i jego zadartym nosku, niech pierwsza rzuci kamień 😉

Poison – Flesh N Blood

Na płytę Flesh N Blood trafiłam zupełnie przypadkiem w jednym z warszawskich sklepów płytowych, który mieścił się wtedy na Nowym Świecie. Poison zawsze był dla mnie typowym wakacyjnym graniem. Akurat był środek lata i żar lał się ze stołecznego nieba, więc znalezienie tej płyty okazało się fantastycznym zrządzeniem losu. Do dziś nie wyobrażam sobie lipcowej przejażdżki, choćby i tramwajem, bez tego albumu w słuchawkach. Idealnie wyważona dawka glam rockowego grania z nutkami bluesa w słoneczny poranek i nie ma bata, żeby ktokolwiek był w stanie spartolić mi dzień 😉

KISS – MTV Unplugged

Ta kaseta mogłaby być w sumie uznana za moją osobistą podróżną ścieżkę dźwiękową. Trudno mi policzyć, ile kilometrów zjeździłam słuchając tego albumu i ile godzin łącznie rodzice słuchali tego razem ze mną. Wakacje długie czy krótkie, w samochodzie tata zawsze musiał wygospodarować czas na słuchanie MTV Unplugged. Można nie lubić KISS i ich klasycznych albumów, ale te nagrania w wersji „bez prądu” to czyste mistrzostwo. Po ponad 20 latach tak samo zwalają z nóg jak za pierwszym razem, a w „I Still Love You” Paul Stanley przechodzi samego siebie. Jeśli podczas tego numeru nie przechodzą cię ciary od góry do dołu to przykro mi bardzo, ale chyba nie masz duszy :p

ta płyta płytowe wspominkiIron Maiden – Brave New World

Często macie tak, że odpalacie płytę pierwszy raz a po minucie nie możecie już bez niej żyć? Zdarza mi się to niezwykle rzadko, ale zdarza się , a wtedy padło właśnie na Brave New World. Byłyśmy razem z rodzicami w Holandii, w odwiedzinach u cioci. Podczas zwiedzania trafiliśmy na płytową mekkę – gigantyczny, wielopiętrowy sklep, gdzie dostać można było płyty chyba każdego gatunku i wykonawcy. A w nowościach, z możliwością odsłuchu, najnowszy album Iron Maiden. Posłuchałam i przepadłam. Niestety płyta kosztowała wtedy, przeliczając na guldeny, miliony monet, więc z jej zakupem musiałam poczekać do powrotu do domu. Za to jaka była radość, kiedy już udało się ją kupić…Wiele godzin słuchania i nucenia. To płyta, która zostanie na moim piedestale na zawsze 🙂

Dire Straits -Money For Nothing

Przypadek jakich wiele. Money For Nothing najzwyczajniej w świecie gwizdnęłam tacie z szuflady. To co mnie zaintrygowało to bardzo ciekawa okładka, ciemna z wybijającymi neonowymi kolorami i facetem z gitarą. Przecież to musiało być dobre 🙂 Płyta towarzyszyła mi całą drugą połowę podstawówki i nie było sposobu, by mi się znudziła. Na szczęście rodziciel niezbyt się o nią upominał.

Guns ‚N’ Roses – Appetite For Destruction

Sympatia do tego zespołu zaczęła się, dzięki mojemu najlepszemu przyjacielowi, Kamilowi i jego składance, którą kiedyś mi podrzucił. Na niej między innymi znalazło się legendarne „Don’t Cry”. Jednak niezmienną miłością do dziś darzę ich debiut Appetite For Destruction – album żywiołowy, brudny i nie biorący jeńców. To właśnie ten album, a nie wymuskane Use Your Illusion trzyma mnie cały czas przy tej kapeli. Dla mnie to wspomnienie gówniarskich lat, beztroski i wszystkich młodocianych przypałów :p


A jakie są Wasze płyty ze szczenięcych lat, do których zawsze wracacie z sentymentem? Nie bądźcie  tacy, podzielcie się sentymentami 😀

Zapisz

Zobacz też