Muzyka Wywiady

„Powinniśmy cieszyć się muzyką” – rozmowa z Neilem Turbinem

wywiad z neilem turbinem

Z Neilem Turbinem poza Anthraxem spotkałyśmy się kilka lat temu przy okazji promocji albumu „Threatcon Delta” na zapomnianym już MySpace. Poniższa rozmowa spadła na nas trochę niespodziewanie. Z jednej strony fajnie byłoby poznać artystę śledzonego w necie, z drugiej – nie byłyśmy pewne, czego można spodziewać się po facecie, który swego czasu udzielał się w kapeli z Wielkiej Czwórki. Spodziewałyśmy się zmanierowanego człowieka, który ciągle żyje wspomnieniami lat osiemdziesiątych. Tymczasem miałyśmy okazję nie tylko poznać i porozmawiać z gościem, który nie ogląda się za siebie i z przyjemnością opowiada o wszystkich swoich projektach. I nie tylko o nich, bo jak się okazało z Neilem można pogadać dosłownie na każdy temat, od historii po tematy społeczne.

Cześć, na początek opowiedz nam co porabiałeś przez ostatnie lata?

Oprócz malowania paznokci, w wolnej chwili dużo gramy z DeathRiders (śmiech). Poza tym występujemy na wielu festiwalach. W Danii, u boku m.in. Uli Jon Rotha, szwedzkim Sweden Rock Festiwal, Rock Tower w Lubece. Graliśmy koncerty z Paulem Di’Anno i Reaperem Owensem, a także lokalne sztuki, m.in. w Whisky A Go Go w L.A. Ogólnie sporo koncertów  gramy na terenie Europy, ponieważ mój zespół w większości właśnie tutaj stacjonuje.

Dużo czasu spędzam też na komponowaniu wspólnie z Jonasem Hörnqvistem z Treasure Land, z którym od wielu lat piszemy piosenki. Od pomysłu do pomysłu powstało mnóstwo utworów, których żaden z nas nie mógł wykorzystać. Klasyczny hard rock w stylu lat 70. nie pasował ani do neoklasycznego, progresywnego Treasure Land ani do Deathriders. Nie chcieliśmy oddelegowywać tych kompozycji do innych artystów i tak powstał nasz poboczny projekt Bleed The Hunger. To klasyczny hard rockowy zespół, coś kompletnie różnego od tego, do czego przywykliśmy w DeathRiders. W międzyczasie dokooptowaliśmy do zespołu Matta Thompsona (King Diamond), który jest fenomenalnym perkusistą i prawdziwym profesjonalistą, bez rozdętego ego, co w rockowym światku jest na porządku dziennym.

Jak pracują ze sobą muzycy z tak w sumie odmiennych światów?

Każdy wnosi coś od siebie w procesie tworzenia. Nie chodzi o to, by ktoś robił to, co ty akurat chcesz. Nie ma sztywnych ram, bo każdy może dostrzec coś zupełnie innego w danej kompozycji. Zaproponować rozwiązanie najlepsze dla utworu. To jak z podziwianiem obrazu: możesz gapić się na dzieło sztuki 25 lat i nie dostrzec tego, co osoba która zobaczyła je po raz pierwszy. Mając w zespole takich profesjonalistów jak Matt i Jonas trzeba z tego skorzystać. Mamy chemię, doskonale rozumiemy się nawzajem, wiemy co chcemy robić i w jaki sposób. Myślę, że to najlepszy przepis na zgrany zespół.

Kto w takim razie jest głównie odpowiedzialny za Wasze kompozycje?

Dużo kompozycji napisaliśmy wspólnie z Jonasem. Czasem zdarza się, że mnie poniesie i napiszę cały numer sam, bo mam akurat pomysł na riffy i wokale. Dlatego zdarza się, że lecimy w dwóch kierunkach: jeden to wszystko czego można by oczekiwać od thrashowej kapeli, drugi to typowo europejski power metal. Wszystko zależy od inspiracji i weny.

Co sądzisz o współczesnej scenie rockowo-metalowej?

Zdecydowanie za dużo szufladkowania. Kiedyś metal był metalem, rock rockiem. Teraz powstają takie twory jak „pagan-viking-pirate metal”(śmiech). Wszystko musi być sprowadzone do stereotypu i koniecznie z przyczepioną etykietką. Dochodzi znowu do tych samych absurdów co kiedyś. Będąc fanem jednego gatunku nie możesz lubić drugiego. Nie powinno być czegoś takiego. Osobiście lubię Motorhead, Judas Priest i Saxon, ale jestem też fanem Ramones i Sex Pistols. Kiedyś we Francji kilku skinheadów chciało mnie sprać, bo byłem metalowcem. Powinniśmy cieszyć się muzyką, a nie lać po pyskach z jej powodu.

hellbellas-rozmowa z neilem turbinem

fot. Dominik Malik

Która publiczność jest Ci bliższa:  europejska czy amerykańska?

Grywam dla obu. Europejscy fani są stosunkowo spokojną publicznością. Nie upijają się na zabój i nie leją wszystkich dookoła. Mogą mieć po dwa metry wzwyż i wszerz, ale nie zrobią krzywdy sobie ani nikomu innemu. Najwyżej poobijają się trochę pod sceną. W Stanach publiczność bywa bardzo agresywna, zdarza się że i uzbrojona. W Europie macie dużo kultury. Istnieje jakiekolwiek poczucie jedności, ludzie przychodzą na festiwal, dobrze się bawią i szanują nawzajem.

Uważasz, że metalowa społeczność jest zgrana?

Jeśli chodzi o europejską to na pewno. Pełno tu zaangażowanych w muzykę ludzi, którzy mają pasję i się nią dzielą. Również w krajach latynoamerykańskich czuć pewien rodzaj rodzinnej więzi wśród fanów. Mnóstwo ludzi stamtąd wspiera mocno scenę metalową. Na takich własnie miejscach nam, jako zespołowi, zależy najbardziej. Gdzie ludzie po prostu przychodzą, by dobrze się razem bawić przy ulubionej muzyce.

Co w dzisiejszych czasach wydaje Ci się najważniejsze w muzyce?

Najważniejsze jest wspieranie młodych kapel. Legendy nie będą grały wiecznie. Rolling Stonesi nie są nieśmiertelni. Musi się znaleźć miejsce dla świeżej krwi. Oni też kiedyś zaczynali, a jak niby ma rozwinąć się nowy zespół skoro nikt nie chce dać mu szansy? Wszyscy chcą słuchać w kółko tego samego: te same numery i coverbandy grające te same numery. Nie opcji, żeby jakkolwiek się pokazać. Myślę, że Europa jest wciąż dość otwartym miejscem, jeśli chodzi o nowe kapele. W Stanach sytuacja ma się dużo gorzej.

wywiad z neilem turbinem

Kiedy zaczynałem przygodę z muzyką mieliśmy w Nowym Jorku mnóstwo bandów. Był Twisted Sister, grający wtedy głównie covery, ale i KISS, Ramones, Quiet Riot wykonujące własny repertuar. Ale to Twisted Sister przyciągali wtedy największą publiczność do klubów, bo grali rzeczy, z którymi ludzie byli obeznani. Zmierzam do tego, żeby się nie zamykać, bo dzięki temu można trafić na coś interesującego i zupełnie innego… jak to piwo z Polski, którego nigdy nie próbowałem (śmiech).

Nie uważasz, że granie coverów to pewnego rodzaju przepustka do większej rozpoznawalności? Do szansy na granie własnych rzeczy?

Dokładnie tak. Sądzę, że granie coverów to niejako konieczność. Wszyscy tak robili – Led Zeppelin, The Rolling Stones, The Beatles, Otis Reading – oni wszyscy grywali cudze numery, by ktoś ich zauważył. To logiczne. Chodzi mi o to, że jeśli za bardzo przyzwyczaisz ludzi do tego, że grasz covery nigdy nie dadzą ci szansy na zaprezentowanie własnych numerów. A tym bardziej na nagranie albumu z tymi utworami.

Skoro jesteśmy przy płytach – co myślisz o współczesnym przemyśle muzycznym?

Nie mogę wyjść z podziwu, jakim cudem nie wynaleziono jeszcze sposobu na ukrócenie piractwa. Jakiegoś kodu, systemu wielopoziomowej weryfikacji, który pozwoliłby zarabiać ludziom na swojej pracy. Mało kto zarabia teraz na albumach albo muzyce w ogóle, no chyba, że jest w trasie. Wytwórnie nie chcą płacić artystom. Do tego dochodzą jeszcze serwisy streamingowe, których zyski z odtworzeń nie są porównywalne z należnościami wypłacanymi artystom.

Ostatnio połączyłeś siły z naszą warszawską kapelą – Wild Pig. Jak Wam się układa współpraca?

Wild Pig to prawdziwe rock and rollowe chłopaki. Dziki [gitarzysta Wild Pig] bardzo mi zaimponował. Pracowaliśmy wspólnie nad jednym z moich numerów. Nigdy nie mieliśmy okazji razem grać, a ten utwór składa się z dość trudnych riffów, trudnych nawet dla mnie, choć sam je napisałem, a ten gość zapamiętał wszystko raz-dwa i zagrał tak jak powinno to być zagrane. To było niesamowite. To szybki, ciężki metalowy utwór, a chłopaki przecież grają rocka. Mimo to odwalili kawał świetnej roboty. Są rock and rollowymi wymiataczami. Cieszę się, że mogliśmy wystąpić razem w Hard Rock Cafe w Warszawie.

Dziękujemy za rozmowę!

 

Zobacz też